UOKiK bierze pod lupę promocje w Biedronce i Lidlu. Co wiedzą klienci?
Redakcja Kody z Biedry
Opublikowano 30 marca 2026
Zakupy w Biedronce i Lidlu – kiedy promocja staje się łamigłówką?
Znacie to uczucie, kiedy stoicie przy kasie, patrzycie na wydruk z terminala i... dalej nie wiecie, czy właśnie zaoszczędziliście, czy może coś przegapiliście? Promocje miały przecież pomagać, a nie zamieniać zwykłe zakupy w logiczną zagadkę rodem z escape roomu.
W ostatnich miesiącach coraz więcej osób zaczęło się skarżyć, że w Biedronce i Lidlu rozgryzienie rabatów to wyzwanie nawet dla tych, którzy kalkulator wyciągają szybciej niż portfel. Temat podłapał UOKiK, czyli Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, i przyjrzał się temu, jak te popularne sieci prezentują obniżki na paragonach i ekranach kas.
Rabaty na paragonie – czytelność pod znakiem zapytania
W Biedronce rabaty często pojawiały się zbiorczo, bez jasnego przypisania do konkretnych produktów. Efekt? Klient wychodził ze sklepu i dalej miał wątpliwości, czy promocja faktycznie zadziałała. W Lidlu problem wyglądał podobnie – różne zniżki wrzucano pod jedno hasło, a szczegóły ginęły gdzieś między kolejnymi liniami paragonu. Zamiast poczucia, że złapaliśmy okazję, zostawało pytanie: skąd ta liczba na rachunku?
Co ciekawe, sytuacja była równie zagmatwana przy kasach samoobsługowych, jak i tych prowadzonych przez pracowników. To nie jest tylko kwestia technologii, ale raczej tego, jak systemy prezentują informacje. Im więcej promocji na raz – a przecież sieci kuszą łączeniem rabatów za kilka produktów czy wydanie określonej kwoty – tym bardziej wszystko się rozmywa.
Głos klientów – frustracja zamiast satysfakcji
Niektórzy konsumenci nie kryli irytacji. Jeden z nich napisał do UOKiK z typowo polską szczerością: „To nie powinno być tak skomplikowane. To nie jest w porządku. Jeżeli jest promocja, to chcę na rachunku widzieć cenę promocyjną, a nie bawić się przy kasie w detektywa-matematyka pasjonata”. Trudno się nie zgodzić – zakupy to nie olimpiada matematyczna, a nikt nie lubi uczucia, że coś mu umknęło.
Najwięcej zamieszania robiły tzw. promocje łączone. Przykład? Jeden rabat z gazetki, drugi za przekroczenie progu 99 zł, trzeci za zakup określonych produktów. Niby wszystko zgodnie z regulaminem, ale kiedy system rozdzielał zniżki na wszystkie artykuły, ceny na paragonie nie przypominały już tych z półki. I człowiek zastanawia się: czy przypadkiem nie przepłaciłem?
UOKiK reaguje – sklepy muszą przejrzyściej pokazywać promocje
Urząd nie przeszedł obojętnie wobec tych sygnałów. UOKiK uznał, że sposób prezentowania rabatów w Biedronce i Lidlu może wprowadzać klientów w błąd. A to już poważna sprawa – szczególnie, że Polacy coraz częściej wybierają dyskonty właśnie ze względu na promocje.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że to nie jest tylko problem dużych sieci. Im więcej sklepów walczy o klienta rabatami, tym większa szansa, że coś zostanie przedstawione niejasno. Ale przecież prawo jest po stronie konsumenta – mamy wiedzieć, na co wydajemy i ile zostaje w portfelu. UOKiK wydał więc jasny sygnał: sklepy muszą lepiej oznaczać promocje zarówno na ekranie kasy, jak i na paragonie.
O co warto pytać przy kasie? Praktyczne wskazówki
Nie lubisz niespodzianek przy kasie? Oto kilka prostych zasad:
- Zanim zapłacisz, sprawdź, czy cena na czytniku zgadza się z tą z półki.
- Jeśli korzystasz z kilku promocji, poproś kasjera o wyjaśnienie naliczenia rabatów.
- Zachowaj paragon i jeżeli coś budzi wątpliwości – zgłaszaj uwagi od razu, póki jesteś w sklepie.
- Nie bój się pytać. To Twoje pieniądze i prawo do jasnej informacji.
Promocje są dla ludzi, nie odwrotnie
Tak naprawdę wszyscy chcemy jednego: prosto widzieć, ile zapłaciliśmy i za co. UOKiK przypomina, że sklepy mają obowiązek informować o cenach i rabatach w sposób przejrzysty. To nie jest tylko kwestia wygody, ale prawo każdego, kto robi zakupy. A skoro sklepy walczą o naszą lojalność, może warto, żeby czasem spojrzały na promocje oczami zwykłego klienta – tego, który nie chce być detektywem, tylko świadomym konsumentem.